— Podążyłem za twoim pomysłem, tym o wynajętych wozach. Natrafiłem na imię Asa. Zbieracz drewna o tym imieniu wynosił je prawdopodobnie przez dziurę, którą ci pokazałem. Mężczyzna imieniem Asa wydał sporo starych monet, ale jeszcze przed skokiem na Katakumby. Mężczyzna imieniem Asa pracował dla Kragego, zanim on i jego ludzie zniknęli. Wszędzie, gdzie się udam, słyszę Asa-to lub Asa-tamto.. - Nikt poza mną nigdy tu nie był - oznajmiła Jane, żeby coś powiedzieć.. Poluzował zawleczki w odpalaczu.. Kiedy rozmawiali, słońce skryło się za ciemną chmurę i kilka kropli deszczu spadło na ziemię obok Nate’a. Ledwie je dostrzegł. Wyłączył telefon po wymianie życzeń: “Wesołych Świąt”.. - Mówisz, że zagroził mi bronią?. - Ależ to nadzwyczajne! - nie mógł się powstrzymać Danchekker.. - Chciałbym, abyś przestał o tym mówić.. Podszedł do biurka i podał swój paszport..
-
Kategorie
-
Losowe:
- Odór stawał się coraz mocniejszy. Nie był naprawdę nieprzyjemny, jedynie lekko denerwujący. Wszyscy po kolei poddaliśmy oględzinom szczapy drewna. Nic. .
- - Może nie być taka zwrotna, jak niektóre z tutejszych tratw - wtrącił September - ale powinna być o niebo szybsza od każdego innego środka transportu powierzchniowego, kiedykolwiek widzianego na tej planecie-ślizgawce. .
- - Och, to zupełnie niemożliwe - odparł Danchekker niecierpliwie. .
- Dotarł do dna i ruszył wolnym krokiem w kierunku Jane. Stanął przed nią. .
- Jankle wskazał na rysunek czerwonego opakowania bristoli, które w tym zestawie zajmowały drugie miejsce pod względem zawartości nikotyny i substancji smolistych. Oznajmił stanowczo, że w wypadku „nadużywania” tego gatunku papierosów rezultaty mogą być dość groźne. .
- Turbo z dwudziestoma miejscami na pokładzie lądował dwukrotnie, zanim dotarł do Campo Grande. Tam pasażerowie przesiedli się do odrzutowca lecącego do Sao Paulo. Kobieta siedząca obok Nate’a zamówiła piwo. Przyglądał się puszce z odległości dwudziestu kilku centymetrów. Nigdy więcej, poprzysiągł sobie w duchu. Zamknął oczy i prosił Boga, aby dał mu siłę. Zamówił kawę. .
- Wymieniając jej wszelkie dziwactwa, niewiasty znacząco pukały się w czoło. Nie wystarczały już godne żebraczki brudne szmaty, którymi okrywała umęczone ciało, mało jej było najsurowszych postów, rózeg, włosiennicy, sprawiających, że z dumą obnosiła gnijące rany na biodrach. Jakiś franciszkanin podarował jej, jak szeptano, specjalną wełnianą przepaskę, ciągle drażniącą podbrzusze. Trudno orzec, czy świętoszek w habicie był w istocie poczciwym głupcem, czy też wielkim filutem. Księżna chodziła boso, ciesząc się ze spękanych od mrozu i upału, krwawiących stóp. W klasztornej nawie potrafiła się czołgać na spuchniętych kolanach, aby zlizywać ślady księży i trzebnickich zakonnic pozostawione w kościelnym pyle. Zimą marzła w wyświechtanej kapocie, latem piekła się na słońcu w grubym kubraku. Chleb jadła posypany popiołem, sypiała na gołej podłodze swojej trzebnickiej celi. Te przesadne praktyki bynajmniej nie budziły w grubej pani Bercie i jej przyjaciółkach podziwu ani szacunku, przeciwnie, opowiadały o nich z odrazą. Najbardziej niepojęte było dla nich, że księżna nie chce nosić szat godnych swojego stanu. Wszakże nie brakowało w samym Wrocławiu innych pobożnych, szlachetnie urodzonych pań, jak choćby jej własna synowa Anna, która jednak stroiła się przyzwoicie, jak na królewską córkę przystało. Dla wrocławskich mieszczek największą radością było przecież kopiować suknie oraz naśladować sposób bycia wielkich dam, tym bardziej że nie dotarły jeszcze wówczas na śląską ziemię prawa zakazujące mieszczanom nosić się zbyt bogato. Błogą rozkoszą było zaiste przyćmić wytworną suknią jakąś dwórkę czy nawet żonę rycerza podczas niedzielnej mszy. Dodawały zresztą przy tym całkiem trzeźwo, że skoro ktoś urodził się we wspaniałym zamczysku Andechs, tak jak nasza pani Jadwiga, już jako mała dziewczynka tytułowana księżniczką Meranii, otoczona przepychem i zbytkiem, które otrzymała wyrokiem losu bez żadnej osobistej zasługi, z pewnością łatwiej jej przyszło zrezygnować z owych światowych próżności. Co innego proste gospodynie, których mężowie dorabiali się majątku w pocie czoła i własnym przemysłem. Uważały także za rzecz całkiem zdrową i naturalną wygodzić w łożnicy spracowanemu małżonkowi, a potem powić godne mieszczańskiego stadła potomstwo. Śluby czystości napełniały je zdumieniem i budziły głównie śmiech. Wszak niejedna mieszczka przespałaby się chętnie z jakimś przystojnym rycerzem, o księciu nawet nie wspominając, gdyby tylko los i rajfurka Stulicha naraiły taką sposobność. W istocie jednak o podobnej miłostce nie miały nawet co marzyć, rycerze bowiem, zrażeni okrucieństwem czy obojętnością damy swego serca, woleli korzystać z usług płatnych dziewek. Zgorszenie mieszczek fanaberiami księżniczek podszyte było zresztą dziwnie przewrotną zazdrością. Był to wszakże świat całkiem dla nich niedostępny. Towarzyszący starej księżnej słudzy wieczne z nią mieli strapienie, zwłaszcza marszałek dworu Bogusław z Zawonii i jego żona Katarzyna, niewolnica pruska, przez panią swą ongiś, podobnie jak moja babka, wyzwolona, do chrztu doprowadzona i za mąż wydana. Oboje już dawniej musieli najmować różnych łotrów spod ciemnej gwiazdy, których Jadwiga, w swoim rozumieniu, niby to wyciągała z więzienia i wypraszała u swego brodatego małżonka, a potem u syna, od pewnego, jak mniemała, stryczka. Wiecznie poszukiwała takim sposobem pomocników do budowania swego ukochanego klasztoru i trzeba było bardzo uważać, aby dwa razy nie trafił się jej ten sam rzezimieszek, starka bowiem miała niebywałą pamięć do ludzi. Podobnie ściśle selekcjonowano i odpowiednio szkolono ciągnących za księżną żebraków, którzy wiedli przy niej wcale rozkoszny żywot, gdyż chętnie ich odziewała i karmiła. Upilnowanie tej zepsutej i rozpróżniaczonej zgrai, gotowej wyłudzić od swej pani ostatni wdowi grosz, było jednak niczym wobec najnowszego szaleństwa. Oto widząc przy drodze potrząsającego kołatką i okrytego wstrętnie ropiejącymi wrzodami trędowatego, Jadwiga natychmiast rzucała się go całować w imię chrześcijańskiego miłosierdzia. Dworzanin Bogusław wraz z małżonką dokazywali cudów zręczności, żeby tknięta religijnym zapałem starucha nie uściskała przypadkiem prawdziwego nieszczęśnika, dbając o to, by zawsze czekał na nią u bramy klasztoru jakiś podstawiony wieśniak, malowniczo okręcony krwawymi szmatami. Słuchając o takich wariactwach doszedłem do wniosku, że gdyby stara księżna sama nie fundowała szpitali, jak na przykład leprozorium w Środzie, z pewnością dawno by już znalazła się w domu szalonych, zamknięta tamże przez zrozpaczoną rodzinę. Tymczasem jednak monarsza wdowa, matka bohatera spod Legnicy i babka młodych książątek, jak zawsze będących nadzieją ludu, mogła narzucać poddanym własne zwyczaje i sprawiła, że niemal cały Śląsk oddał się na usługi jej świątobliwego obłędu. Szaleństwo zresztą na szczytach władzy zawsze trudniej rozpoznać niż pośród zwykłych ludzi. Jeśli dodać jeszcze do tego klęski zadane przez Tatarów, w istocie księstwo nasze smutny w owych dniach przedstawiało widok. .
- - Imbecyle! - mruknął Danchekker. - Taka rzecz nie powinna się była wydarzyć. .
- Z tych powodów postanowiłem nie dzwonić do pana Middlegaffa ani do nikogo w biurze mieszkaniowym, lecz udałem się osobiście do gabinetu zarządcy. Nie mogłem mieć nadziei na to, że wpłynę na pana Middlegaffa. Najwyraźniej otrzymał on w tej sprawie polecenia służbowe, które teraz wykonywał z biurokratyczną obojętnością. („Życzymy miłego dnia”, dobre sobie!) Nie liczyłem zbytnio na to, że załatwię coś z zarządcą, ale przynajmniej - jeśli mnie spławi - nie będę musiał marnować czasu na zwracanie się wyżej. „Złota Reguła” jako prywatna kompania nie założona przez żadne suwerenne państwo (i wskutek tego suwerenna) nie miała żadnej władzy wyższej od zarządcy. Sam Bóg Wszechmogący nie był tu nawet pomniejszym wspólnikiem. .
- Chociaż pozornie zostałem zaakceptowany pod dachem Turyngów, ciągle byłem tu obcy i niosłem z sobą niepokój. Niby wszystko było w porządku. Codziennie chodziłem bez przymusu na Ostrów Tumski odbierać edukację w szkole katedralnej i uczyłem się dobrze. Byłem grzeczny i czysty, a jednak miałem wrażenie, że nikt mi nie wierzy i wszyscy przyglądają mi się w domu podejrzliwie, jakby spodziewając się, że za chwilę coś spsocę i zburzę spokój rodziny. Moja nadzwyczajna, ponad wiek rozwinięta mądrość nie przysparzała mi sympatii otoczenia, budząc raczej podejrzenie o konszachty z demonem. Ciasne umysły nie były w stanie pojąć geniuszu, który rozświetlał mój umysł. Jest to zresztą typowe dla najbliższego otoczenia ludzi wielkich od najwyższego aż do najpodlejszego stanu. Przecież nawet Nazarejczyk musiał porzucić dom rodzinny, aby osiągnąć pozycję nauczyciela i kaznodziei. Matkę potraktował w swoim czasie dość szorstko, powiadając: „Cóż mnie i tobie, niewiasto?” Wielu wybitnych uczonych i filozofów zerwało ze swymi rodzinami, podążając drogą mądrości, podobnie też musiało stać się ze mną. Gwiazda Wenus, gwiazda Lucyfer, pod którą zostałem zrodzony, nie wzbudzała widać zaufania w porządnym mieszczańskim domu. Ja także czułem się z tym źle i trudno się dziwić, że chociaż nie bity, a przy tym karmiony i odziewany, jednak modliłem się w duchu, aby zjawił się wreszcie wybawca. Wierzyłem, że taka chwila nadejdzie, toteż oczekiwałem jej z całą cierpliwością, na jaką stać ludzi spod znaku Skorpiona. .